contador gratis Skip to content

Dla przybranego dziecka plecak może przerażać

funkcja plecaka
Sarah Burtchell

Widok zapiętego plecaka może wywołać kilka emocji. Jeśli intencja jest małą przygodą, może wywołać uczucie podekscytowania i zawrotnego oczekiwania. Jeśli intencja jest produktywnym dniem, może wywołać poczucie gotowości.

Ale rzadko plecak wywołuje przerażenie.

Chyba że jest to możliwe dla osoby, która spędziła swoje lata formacyjne jako przybrane dziecko, podróżując między domami z plecakiem przez wiele miesięcy, powoli i boleśnie rozwijając wszystkie cechy zespołu stresu pourazowego. A potem, być może, zapinany na zamek plecak przywraca to wszystko z powrotem.

Kiedy pierwszy raz spakowaliśmy jej plecak, M była tu od 8 tygodni. Mój urlop dobiegł końca i następnego dnia musiałem wrócić do pracy. Spakowanie jej potrzebnych do przedszkola zostało dodane do listy przed nocami, a jej dziecięcy plecak, który przyjechała z nią po przeprowadzce do Maine, został dodany do asortymentu tornistrów dla starszych dzieci i toreb sportowych oraz rodziców. torby robocze.

Tak więc na dole tego wieczoru jej wesoły plecak w jaskrawych kolorach, puszysty z dodatkowymi ubraniami, podciąganiem i kocem Kubusia Puchatka, gotowy na drzemkę w przedszkolu, leżał na małej niebieskiej macie.

To całkowicie ją zniszczyło.

Zobaczyła ten plecak i krzyknęła. Rozpięła go gorączkowo drobnymi, drżącymi dłońmi, rozrzuciła ubranie i koce we wszystkich kierunkach, maniakalnie opuściła swoje 26-kilogramowe ciało do tyłu i kilka razy uderzyła głową o linoleum z pełnym zamiarem.

Oszołomiony mocą i intensywnością jej strachu i wściekłości, podniosłem ją i spróbowałem ją przytrzymać.

W tamtym momencie mówiła bardzo słabo, chociaż miała 32 miesiące, więc nawet wyjaśnienie, że przedszkole to siedem godzin – nie noc, nie weekend, nie na zawsze – nie było możliwe.

Rzucała się, zawodziła, wyła, uderzała głową zarówno mnie, jak i mojego męża. Nie pamiętam, jak skończyła się ta noc, ale wiem, że to był początek tego, jak bardzo była przerażona opuszczeniem miejsca, zapakowaną i gotową na nowe, bez prawdziwej zdolności zrozumienia, jak długo była idziesz, z kim lub dlaczego.

Kiedy mieszkała z nami przez 11 miesięcy, udaliśmy się na dwie noce do hotelu w New Hampshire. Plan był tylko szybką ucieczką od pozornie niekończących się zimowych dni w Maine, podczas których łopaty, sanki, lepienia bałwanów i ciągłego ładowania pieca na drewno. Pomimo oczywistego śniegu w New Hampshire, były też dwa podgrzewane baseny i dwie jacuzzi, a także mile widziana zmiana scenerii połączona z brakiem odpowiedzialności.

Wyjaśnialiśmy jej „hotel” na każdy możliwy sposób na kilka dni naprzód. Rozmawialiśmy głównie o jego nietrwałości, ciepłych basenach, przyjemności spędzonej w hotelach oraz o tym, że cała piątka spała w jednym pokoju i cała piątka poszłaby razem i cała piątka tak wrócić razem.

Kiedy wjechaliśmy na parking, po 90 minutach jazdy, jej oczy rozszerzyły się i zaczęła wrzeszczeć, natychmiast czerwieniejąc na twarzy i spocona, desperacko próbując przytrzymać zapięcie pięciopunktowej uprzęży.

„Zostawiasz mnie? To mój dom? Zostawiasz mnie tutaj ?! ”

Jej strach jest głęboko zakorzeniony. Mieszkanie w całych domach podczas jej lat opieki zastępczej pozostawiło w niej pozornie nieodwracalny terror. Konieczność ciągłego przekazywania nieznajomym, spania w niezwykłych łóżkach, jedzenia jedzenia, którego nigdy wcześniej nie widziano ani nie pachniało – ciągłe wkładanie kilku rzeczy do torby dowolnego rodzaju, wyczerpało ją i przeraziło.

Jest teraz starsza i rozumie, co to znaczy „dwie noce”, a nawet siedem. Ale jej wysoki niepokój pozostaje i nikt nie wie, czy to się zmieni.

Komplikuje to wiele działań i wydarzeń i jest uderzającym przeciwieństwem mojego wieloletniego pragnienia jazdy po nieznanych drogach i zobaczenia nowych dla mnie zielonych znaków drogowych.

Podróżowanie było jednym z moich największych emocji przez kilka dekad, choć było ograniczone, gdy mieliśmy dwoje biologicznych dzieci. Ale one, podobnie jak wiele szczęśliwych dzieci, dorastały, wiedząc, że plecaki oznaczają przygodę, z mamą lub tatą lub obojgiem w łóżku obok twojego, jedząc te nowe potrawy, uczestnicząc w tych nowych zajęciach. Podróżowanie było dla nich ekscytujące, ponieważ nigdy nie wiązało się z intensywnym strachem i całkowitym nieświadomością.

Jednak ostatnio podróżujemy znacznie mniej, ponieważ chwile rozpadu i wściekłości M są przerażające, napięte i nieco nieprzewidywalne, pomimo ich częstotliwości.

W niedzielę pojechałem M do Litchfield, zaledwie 40 minut od naszego miasta, aby spotkać cztery inne mamy i ich podobnie skomplikowane dzieci. Zanim jeszcze wsiedliśmy do samochodu, zaczęła się nieco rozplątywać, uczucie nieznanego rozciągało się przed nią przerażająco. Zadała mi dziesiątki pytań, oświadczyła, że ​​nie chce jechać, krzyczała, że ​​chce zostać w domu i „nie robić nic przez cały dzień”, skrzyżowane ręce, brązowe oczy błyszczące złością (ale w rzeczywistości skrajny naprężenie).

Udało mi się ćwiczyć każdy odrobinę spokoju, o którym chciałbym mieć w 100% przypadków, karmiłem ją wierszami w stylu: „Bardzo się martwię, ponieważ nigdy tam nie byłem” lub „Boję się chodzę do większości miejsc, ponieważ nie wiem, czego się spodziewać ””. Kazałem jej powtórzyć mi niektóre z tych rzeczy i wróciłem z tym, co miałem nadzieję, było pocieszającymi odpowiedziami. Robiliśmy to przez 20 męczących minut, a potem w końcu otworzyła zapinaną na zamek torebkę płatków i przez chwilę zajęła się tym rytmem i zmysłami.

Potem podkręciłem muzykę, opuściłem szyby i prawie, PRAWIE, przez chwilę poczułem falujące fale podniecenia po drogach, na których nie byłem, i zobaczyłem nowe zielone znaki drogowe.

Ale były tam otwarte przestrzenie, krowy, konie, stragany, bajeczna bryza przez pola i umiejętność poruszania się szybciej, niż nakazują znaki na tych łagodnie pochyłych drogach. Spoglądałem na nią od czasu do czasu przez widok z tyłu, włosy rozwiane wokół jej twarzy, oczy skierowane przez półotwarte okno na olśniewającą zieleń początku czerwca, jasne słońce i pasące się zwierzęta gospodarskie. Metodycznie jadła płatki Life z zamka błyskawicznego i chciałem, aby niezwykły spokój i spokój mogły z nią pozostać, a przynajmniej wpłynąć na nią.

Przez około 10 minut było to prawie niesamowite, prawie moje stare życie, prawie pozbawione radzenia sobie z traumą małego człowieka.

Prawie.

Nauczyłem się być niezwykle uważnym i doceniającym małe chwile.

Zanim dotarliśmy na Plains Road, ponownie lekko się eskalowała i zanim wjechaliśmy na podjazd, musiałem z nią porozmawiać: „Nie, nie śpimy tutaj”. „Wrócimy do domu na długo przed kolacją”. „Mają jedzenie”. „Mają łazienkę”. „Nie wyjeżdżam”. „Nie wyjeżdżam”. „Nie wyjeżdżam”.

Zostaliśmy dwie i pół godziny. Siedziałem na krześle pod drzewem, rozmawiałem z czterema mamami i wypiłem dwie mimozy. M bawił się na huśtawce, poklepał dwa tolerancyjne psy, zjadł zdumiewające PIĘĆ niesamowitych domowych bułeczek, wchodził w interakcje z czwórką innych dzieci z umiarkowanym sukcesem, pił sok truskawkowy, kilkakrotnie biegał po dużym, pięknym trawniku i przez chwilę wydawał się typowym , szczęśliwy dzieciak w dzień wczesnego lata.

Potem zaczęła przeklinać, cisnęła brudem w twarz jednej z dziewcząt i uderzyła w dół, którego nie można naprawić żadną zewnętrzną interwencją.

To jest dołek, którego staram się unikać i często mi się to nie udaje.

Mam nadzieję, że któregoś dnia zdąży to rozpoznać, zanim tam dotrze i zdecyduje się odejść od ludzi, słońca i chaosu. W tej chwili nie może i często nie widzę znaków wystarczająco szybko.

Ktoś inny przywracanie jej do stanu funkcjonalnego nie jest możliwe, gdy uderzy w ten moment. Nie można jej dotykać, rozmawiać ani na nią patrzeć. I tak szybko wsadziłem ją do samochodu, przeprosiłem naszych gospodarzy i wyszedłem.

Przez całe 40 minut wściekała się, krzyczała, wrzeszczała na mnie, że jestem kretynem, razem z kilkoma innymi niezbyt przyjemnymi imionami, kopnęła mnie w siedzenie i waliła w okno. Dwa razy zatrzymałem samochód. Czekałem, próbowałem nawiązać rozmowę, próbowałem dać jej słowa: „Jestem zestresowany, bo to było dużo czasu z ludźmi”, podkręciłem muzykę, a potem ściszyłem, podniosłem i opuściłem okna. To nie miało znaczenia.

Kiedy wjechaliśmy na naszą ulicę, krzyknęła z wściekłością: „WRESZCIE JESTEM PONOWNIE W MAINE!” Jej ekstremalne zamieszanie geograficzne mogło być dla mnie wtedy zabawne, ale niewiele jest zabawne dla kogoś, kto przez 40 minut jeździł samochodem z tętnem 160.

Żałuję, jak zawsze, że mogłem sobie z tym poradzić inaczej. Żałuję, że nie potrafiłam zmusić się, by wspiąć się na tylne siedzenie, kiedy po raz pierwszy zatrzymałam się na poboczu drogi, pięć minut po zjechaniu z ich podjazdu, i usiąść obok mojej spiętej, zarumienionej, wściekłej córki. Trudno jest się tam dostać, kiedy krzyczą na mnie i wzywają straszne imiona. Chciałabym, żeby ręce mi się nie trzęsły, kiedy kopnęła mnie w siedzenie i waliła w okna mocno zaciśniętymi pięściami. Żałuję, że moje ciśnienie krwi i tętno nie wzrosły w takich sytuacjach do poziomów wywołujących udar.

Życzę nam obojgu tych 10 niesamowitych minut spokoju, które mieliśmy wiele godzin przed tym chaosem – kiedy wiatr wpadający przez okna był odpowiedni, słońce wlewało się do środka, a samochód chylił się w górę iw dół po otaczających je drogach przez pola – były normą zamiast skrajnego wyjątku.

Naprawdę mam nadzieję, że któregoś dnia połączenie spokoju – przeplatane nurtem bulgoczącego podniecenia, gdy patrzy na spakowany plecak lub przechodzi obok tych nowych zielonych znaków drogowych – stanie się uczuciem, którego doświadczy.