contador gratis Skip to content

Dlaczego nie chcę, żeby mój mąż przestał palić łańcuchowo

Nie chcę, żeby mój mąż rzucił palenie

© Shutterstock

„Chcę, żeby mój mąż nadal palił łańcuchy” – powiedziała żadna żona. Za wyjątkiem mnie.

Mój mąż Eric pali paczkę dziennie (lub więcej), odkąd go poznałam. W ciągu ostatnich siedmiu lat obserwowałem, jak oznaki jego przyzwyczajenia powoli pojawiają się na jego chłopięcej twarzy, rękach pracującego mężczyzny, jego delikatnym uśmiechu. Jego palenie kosztuje nas prawie 4000 dolarów rocznie. Czasami więcej. A to tylko koszty pieniężne.

Ale nie chcę, żeby przestał – przynajmniej nie dlatego, że mu kazałem.

Czy jestem taki wyluzowany? Ha! Nie.

Zrobione z pieniędzy? Pssssh! Nawet nie blisko.

Niedoinformowany? Niestety nie.

Szalony? Prawdopodobnie.

Obojętne? Daleko stąd.

Jestem takim samym typem A, jak przychodzą. Bardzo mi to przeszkadza i martwię się, co robi ze swoim ciałem każdego dnia.

Ale był palaczem, kiedy go poznałem. W ten sposób zakochałem się w nim. Spędziłem zbyt dużo młodości (jak wielu z nas), próbując zmienić siebie, aby lepiej spełniać oczekiwania innych. Traktuję moją obecną firmę jak modelinę, ukształtowaną tak, by lepiej odpowiadała moim pobieżnym potrzebom. To dla ptaków. Nikt nie jest szczęśliwszy ani lepiej. Ale potrzeba lat – bolesnych, transformujących lat – żeby się tego nauczyć.

Nie mam zamiaru zmieniać tego człowieka na tym etapie życia. Albo go zdyscyplinować. Jestem jego partnerem, nie jego matką. Jego palenie wpływa na jego zdrowie i rodzinę. To jest pewne. Ale tutaj muszę bronić jego honoru.

Eric nigdy nie pali w domu, samochodzie ani w pobliżu swojej rodziny – zawsze na zewnątrz, z dala od domu, sam. Myje ręce, myje zęby i zmienia koszulę, gdy wchodzi z dymu (zasady, które narzucił sobie… nie moje).

Nie myśli, że jest Jamesem Deanem czy Joe Coolem. Kiedy zaczęliśmy się spotykać, próbował ukryć palenie. Myślę, że był zawstydzony. Potem postanowił całkowicie z tego zrezygnować. I robił to przez dziewięć miesięcy, kiedy ja mu kibicowałem. Boże, czy byłem dumny! Ale kiedy zaczął się cofać i próbował to przede mną ukryć, gówno uderzyło w wentylator. To nie ja zmuszałem go do robienia czegokolwiek… więc nie powinno być potrzeby, żeby się podkradać. Jak na ironię, to sprawiło, że byłem bardziej zły niż palenie kiedykolwiek mogło. I to było jasne. To była jego sprawa. Nie moje.

Nie pali, żeby nas skrzywdzić. Jeśli palenie jest zwolnieniem Erica z pracy sześć dni w tygodniu na pieszej trasie pocztowej, to dobrze. Jeśli to jego ulga, gdy straszna dwójka jego malucha zderza się w szczególnie stresującym dniu, niech tak będzie. Jeśli może żyć z potencjalnymi konsekwencjami, których jest tak wiele, to na niego.

Czy moje serce pękłoby, gdyby (nie daj Boże) coś mu się stało, albo gdybyśmy otrzymali złą wiadomość o jego zdrowiu z powodu palenia? Pewnie o swój tyłek.

Czy czasem o tym myślę, a nawet przygotowuję się na to? Tak.

Czy chcę, żeby przestał? Życzę tego każdego dnia? Tak, robię… dla jego i naszego dobra. Martwię się, że dzieci zobaczą, jak tata pali i uznają to za normę. Albo że na nas, niepalących, w jakiś sposób wpłyną kwestie związane z paleniem biernym i biernym.

Ale kiedy rezygnuje – jeśli rezygnuje – musi to pochodzić od niego, a nie ode mnie czy kogokolwiek innego.

Sprowadza się to do tego: wolę szczęśliwego mężczyznę, który prowadzi życie, jakiego pragnie przez 45 lat, niż nieszczęśliwą i urażoną (ale zdrowszą) wersję przez 60 lat.