contador gratis Skip to content

Nie przestawaj zapraszać mojego syna na przyjęcie urodzinowe

proszę, nie przestawaj zapraszać
Obrazy bohaterów / Getty

Mój syn ma pięć lat – jest przedszkolakiem na dobrej drodze do przedszkola i tysięcy przyjęć urodzinowych w szkole podstawowej w jego nie tak odległej przyszłości. Zaproszenia już zaczęły napływać.

Ponieważ ma porażenie mózgowe, już dawno zdecydowaliśmy, że wyślemy go do przedszkola ze specjalnymi potrzebami, aby dać mu wszelką przewagę, jaką może uzyskać, zanim skok z klifu do szkoły publicznej. To było cudowne, marzenie Disneya. W swojej klasie ma typowo rozwijających się rówieśników, którzy walczą o to, kto pchnie go na wózku inwalidzkim. Jego terapeuta żywienia przychodzi na lunch, żeby mógł jeść z innymi. Wiwatują go, żeby „chrupał, chrupał, chrupał” te precle. Bierze nawet udział w kręgu, jego podparte nogi wyginają się w poprzek musu jabłkowego z asystentem z tyłu, aby go złapać, jeśli upadnie.

Być może z powodu całej tej inkluzji nawet ja zapominam, co on może, a czego nie może zrobić, dopóki nie nadejdą urodziny.

Jedno z pierwszych zaproszeń w tym roku wyskoczyło na mnie z jego kajuty jak stary jack-in-the-box, a trampolina na okładce zwijała się w siebie. Upadł na podłogę i nadal się chwiał.

„Baw się dobrze z okazji 5 urodzin Jacka w parku trampolin SkyZone ta sobota! ” powiedział z brokatem.

O chłopie.

Jack, sam urodzinowy chłopak, podjechał do mnie z moim synem, podczas gdy ja wciąż wpatrywałem się w zaproszenie na podłodze i zapytałem, czy idziemy na jego przyjęcie.

„Nie wiem, kochanie”. Jak powiedzieć prawie pięciolatkowi, że musisz sprawdzić swój harmonogram, że wszystko może być tak ważne jak to?

„Okej, cóż, naprawdę mam nadzieję, że przyjdzie” – powiedział z oczami Precious Moments.

I tak, tydzień przed imprezą wybraliśmy się… do parku trampolin… na jego wózku inwalidzkim. Potrzebowałem biegu na sucho, żeby zobaczyć, co możemy, a czego nie. Światła stroboskopowe i hip-hop lat 80-tych były trochę denerwujące, ale początkowo wydawał się dobrze trzymać, spokojnie chłonąc scenę jak toczący się Dalajlama. Odpiąłem mu nogi i poprowadziłem go krok po kroku po schodach do oceanu trampolin. Delikatnie szturchając tył każdego kolana, podtrzymując 90% jego ciężaru na moich przedramionach, chwiejnym krokiem wyszliśmy na śliską powierzchnię. Jego stopy w skarpetkach dotykały maty, jakby sprawdzał wodę. Wyskoczyliśmy dalej, powoli i stabilnie jak króliki geriatryczne.

„Wszystko idzie dobrze!” Myślałem. I tak się stało, przez około trzydzieści sekund, zanim zamienił się w staromodną, ​​dobrą, staromodną jamę z moszną – dzieciaki otaczające nas i wyrzucające swoje ciała w powietrze jak pociski. Patrzyłem z bliska na jego niepewny uśmiech i właśnie wtedy jakiś ninja na moich obrzeżach podskoczył na nas podwójnie i moje nogi wyszły spod mnie. Nie mogliśmy liczyć. Zaciągnąłem nas oboje z powrotem na krawędź, gdzie leżeliśmy razem, pisząc „Girls Just Want to Have Fun”.

W następnym tygodniu podrzuciłem prezent do kajuty Jacka i odpowiedziałem grzecznie i wdzięcznie „Nie” dla jego mamy.

W ciągu ostatnich dwóch lat przedszkola zdarzały się inne „nie” – gry na siłowni, baseny czy Chuck E. Cheese, gdzie neony i mechaniczne zwierzęta sprawiają, że nawet ja, ten bez zmysłów, chcę płakać.

Ale były też „tak” – do zoo, pociągu Tomasza i najnowszego filmu Pixara. Robimy co w naszej mocy. I to właśnie chcę powiedzieć rodzicom jego przyszłych rówieśników, gdy w przyszłym roku wyruszamy do przedszkola z całą nową grupą dzieci, które być może nigdy nie były w pobliżu dziecka takiego jak moje: „Proszę, nie przestawajcie zapraszać nas. Nie zawsze możemy sprawić, by działało tak, jakbyśmy mieli nadzieję, i czasami będziemy musieli odmówić, ale cokolwiek zrobisz, nie przestawaj pytać. Ponieważ jest jak każdy dzieciak. Chce tylko, żeby go zapytano ”.