contador gratis Skip to content

Ponieważ pewnego dnia dzieci dorosną

walka w parach

walka par Zdjęcie za pośrednictwem Shutterstock

Powiedział nie. Tak to się zaczęło.

Poprosiłem go, aby zabrał naszego najstarszego na balet i zabrał ze sobą malucha. Chciałem, potrzebowałem tej godziny w domu, w ciszy. Kiedy nadchodzą pierwsze godziny weekendu, marzę o spokojnym domu. Pragnę samotności. Tylko ja, kobieta niezwiązana, kobieta swobodnie siedząca w jednym miejscu, nikogo nie niosąca, nie rozmawiająca z nikim, nikogo nie słuchająca. Tydzień mnie wyczerpuje i muszę się uzupełniać, a cisza mnie odnawia. Więc poprosiłem go, żeby zabrał dzieci.

Ale on powiedział, że nie.

Powiedział „nie”, a moja godzina spokoju zamieniła się w strumień wrzasków i wrzasków. Oboje jesteśmy naćpani, a mało odpoczęliśmy, krzyczeliśmy przez cały ranek, a potem w nocy, na oczach dzieci, bo co w dzisiejszych czasach dzieje się gdzie indziej? Rzucaliśmy oskarżenia, że ​​nie znaleźliśmy czasu na rozmowę między robieniem śniadań a radzeniem sobie z kąpielami, i wykrzykiwaliśmy historie o obciążeniu i przytłaczającym stresie. Czułem się opuszczony i przygnieciony ciężarem żądań, które czułem, że są tylko moje. Czuł to samo. Ale nie widziałem jego strony i nie rozumiałem jego punktu widzenia, i nie było tak, że też nie było jasne, po prostu po prostu nie mogłem zobaczyć.

Nasze słowa wyrwały dziury w tym życiu, w którym żyjemy razem. Odkryliśmy, że to wszystko, krzyki, oczekiwanie, ślepota, nie chodziło o godzinę i mój zmęczony duch. Nie chodziło o to, żeby powiedział „nie”, potrzebował własnego czasu, aby oddychać i być spokojnym. Chodziło o nas. Chodziło o wsparcie, komunikację i współczucie. A raczej chodziło o to, jak przypuszczaliśmy, że wszystkie te rzeczy tam są, ale kiedy wyrwaliśmy dziury, znaleźliśmy tylko wgłębienie.

Wpadliśmy w pułapkę. Dzieci, potem ja, potem praca, potem przyjaciele i rodzina, potem wszystko, czego chcę dla siebie. „Nigdy nie chciałem, żebyś znalazł się na dole mojej listy” – chcę mu powiedzieć. „Nie ma cię tam, bo najmniej cię kocham” – chcę powiedzieć. „Chcę, żebyś wiedział, że nie wydaje mi się, żebyś tam pasował, poza pieluchami, praniem i terminami”. Chcę wprowadzić te słowa w przestrzeń między nami. Potrzebuję tylko trochę ciszy, spokoju i chwili samotności, aby najpierw zebrać myśli. Oczywiście cisza nigdy nie nadchodzi, a spokój nigdy nie zapada i zapominam, że chciałem powiedzieć te rzeczy i wszystkie inne słowa, które, jestem pewien, całkiem ładnie wypełniłyby dziury.

Odnosimy się do tej przestrzeni, do tego wczesnego rodzicielstwa w kategoriach wojny. Traktujemy siebie, swoje kariery, nasze hobby, pasje i marzenia jako tarcze. I otulamy się zbroją naszego małżeństwa, naszą miłością. Widzimy, jak pierwsze strzały wyginają się nad naszymi głowami i trzymamy się mocno. Uważamy, że nasza zbroja jest nieprzenikniona, najsilniejsza; odbije bomby, łuski i odłamki, a my będziemy dobrze chronieni w środku. Ale lata mijają, a wojna trwa. Nasze tarcze stają się strzępami wszystkiego, czym kiedyś były, więc wymieniamy je na nowe i to nie jest tak złe, jak się wydaje. Nowe wojny wymagają nowych tarcz. Ale kiedy nasza zbroja zaczyna nosić szczeliny i rany, cóż, to jest większy problem. Kiedy to my strzelamy i brzmimy w powietrzu, jesteśmy w niebezpieczeństwie. Ponieważ pewnego dnia wojna się skończy. Zawsze tak jest. Widziałem, jak to się kończy i widziałem, co może zrobić wojna. Widziałem wojowników opuszczających pole, zmęczonych i wyczerpanych. Ich zbroja ciągnie się za nimi, oddalają się od siebie o wiele kilometrów, ostatecznie wędrując w różnych kierunkach. Czułem, że budujemy się do tej chwili. Czułem to w ten sposób, że nasze najgłębsze myśli i marzenia oraz nasze najbardziej podstawowe potrzeby eksplodują jak bomby, głośne i surowe, zasilane tysiącem dni ciszy.

Któregoś dnia wojna się skończy. Któregoś dnia dzieci dorosną. Któregoś dnia nie będzie dzieci do zabrania. Pewnego dnia sobota zaświtnie i nie będę już więcej pragnął samotności. Będę go pragnął. Chcę, żeby nasza zbroja pozostała nienaruszona po zakończeniu wojny.

Przed snem wezwaliśmy do zawieszenia broni. A w ciemności wczesnych godzin porannych odprężyłem się na jego widok. Zobaczyłem ciężar spoczywający na jego ramionach, odbicie wszystkiego, co czułem na swoich. Czułem, że on też mnie widzi. Do dziury, którą wyrwaliśmy z bólu, szeptaliśmy odpowiedzi na nawzajem swoje myśli, marzenia i podstawowe potrzeby, owijając nawzajem rany bojowe obietnicą mocniejszego spróbowania, bandażami wsparcia, komunikacji i współczucia. „Chcę, żebyś wiedział, że nie chcę, żebyś był ostatni” – powiedzieliśmy. „Kocham cię bardziej niż pranie, pieluchy i terminy” – zapewnialiśmy. Obiecaliśmy, że będziemy dalej rozmawiać, wypełnić dziury i szczelnie je zszyć. Wyszeptaliśmy dobranoc i przytuliliśmy się do snu. Tak zakończyła się bitwa. W ten sposób zaczęliśmy od nowa.

Powiązany post: Dlaczego zdecydowałam się nie rozwieść z mężem