contador gratis Skip to content

Rodzicielstwo według najniższego wspólnego mianownika

IMG_5224

IMG_5224

Moja córka ma prawie sześć lat, chociaż natychmiast cię poprawi, że ma „pięć i trzy czwarte”, jeśli usłyszy, jak to mówisz, ponieważ jest precyzyjna i zorientowana na szczegóły, a pod tym względem jest córką swojego ojca.

Ale ona jest mój córka też.

Córkę, z której skamieniałem, a potem cieszyłem się, że mam – wszystko z powodu bardzo burzliwej przeszłości, którą miałem z własną matką. I ponieważ, podczas mój doświadczenie z moją matką może być wyjątkowe, zdaję sobie sprawę, że każdy, kto jest córką matki lub matką córki, łączy więź obarczona wszystkimi komplikacjami, o których pisano, rozmawiano i poddawano psychoanalizie na długo przed Freudem. wypowiedział słowa „Electra Complex”.

A wszystko to podczas chodzenia po linie rodzicielstwa, które ostrzega przed staniem się jednym z wielu stereotypowo „złych” typów matek. Nie możesz być mamą „helikoptera” ani zbyt dużą mamą „wolnego wybiegów”, a mama „tygrysa” jest zbyt apodyktyczna, a mama „najlepszego przyjaciela” jest zbyt pobłażliwa.

Po prostu chcę być nią mamo – mimo to czuję, że zawiodłem ją do pewnego stopnia w zorientowaniu się, kto to właściwie jest i jak dokładnie wykonać tę rolę z sukcesem.

Ponieważ jestem też mamą kogoś innego.

Kiedy się urodziła, zostałam mamusią. Szesnaście miesięcy później, kiedy urodził się jej młodszy brat i dowiedzieliśmy się, że przeszedł udar w macicy – w wyniku którego pojawiły się liczne diagnozy, w tym porażenie mózgowe i autyzm – zostałam mamusią ze specjalnymi potrzebami.

Oboje wyjechaliśmy razem w ten weekend na czterodniową wycieczkę, na którą oboje nie mogliśmy się doczekać. Obserwowanie jej, jak biegnie wolna, możliwość powiedzenia „Tak, możemy popłynąć na tym promie”, ponieważ nie martwię się, że spróbuje wyskoczyć za burtę lub „Tak, możemy zejść z tych wszystkich dużych zjeżdżalni”, ponieważ jest wystarczająco duży, a jej brata nie było, żeby się zdenerwować, że nie mógł iść, lub „Tak, możemy grać w Skee Ball i Air Hockey w salonie gier”, ponieważ nie obawiałem się, że może wysłać te drewniane lub plastikowe piłki krążki lecące w głowy innych niczego niepodejrzewających graczy grających w grę, cóż, uświadomiłem sobie coś z szarpnięciem, które było bardzo podobne do figuratywnego uderzenia w twarz.

Kiedy stała na pokładzie tego samego promu, którym płynąłem podczas wycieczki w dzieciństwie, patrzyłem, jak bierze to wszystko – machając do ludzi pływających na spadochronie na jeziorze, oczy błyszczą, gdy słucha łodzi grającej wesołe melodie. na swoim calliope, twarzą zwróconą ku słońcu – uderzyło mnie.

„Wychowywaliśmy najniższy wspólny mianownik”. Później tego wieczoru powiedziałam mężowi.

Przetrzymaliśmy jej z powrotem, gdy pchanie było niebezpieczne lub nierozsądne mu Naprzód. Nie byłem w stanie uwolnić się od czujności, której potrzebowałem, aby się utrzymać jego mamę i znaleźć sposób na uwolnienie się, a czasem po prostu być jej mamusia. Stanowi to zagrożenie zawodowe w codziennym życiu wymagającym leczenia, zmysłów i terapii. Jeśli uwolnię się od kontroli, wypatrywania, pilnowania, upewniania się i podwójnego sprawdzania, nie wiadomo, co się stanie. Chwilowe poluzowanie uścisku małych rączek zamienia się w wyskakiwanie na ruchliwe parkingi, a zbieganie w dół zamienia się w zapięte kolano lub skręconą kostkę i wyjazd na pogotowie. Powiedzenie jej „tak” często oznacza powiedzenie mu „nie” – lub zmuszenie go do patrzenia z boku. Powiedzenie „nie” obu wydaje się łatwiejsze – bardziej sprawiedliwe – chociaż teraz widzę, że jest to raczej pierwsza niż druga.

Jest ostrożna, nieśmiała, z natury niespokojna, wrażliwa i zamknięta w sobie. Jej ojciec i ja czuje się dobrze, kiedy wychodzimy wieczorem na sporadyczną kolację z przyjaciółmi lub na imprezy służbowe, ale martwi się, o której będziemy w domu. Z przyjemnością godzinami gra w „szkołę”, „obóz” lub „dom” w swoim pokoju – często preferując długie odcinki czasu sama. Cicho gotuje się w swoich emocjach, próbując je zepchnąć, martwiąc się, że jeśli pozwoli sobie w pełni je poczuć, w jakiś sposób wyrwą się z jej kontroli i pokonają ją. Boi się, że jakoś ich nie odzyska.

Wścieka się, a potem płacze, przepraszając za to. Potem przenosi się do swojego pokoju, wyłaniając się chwilę później z obrazem, który narysowała, przedstawiającym ciebie trzymającego się za ręce pod błękitnym niebem i jasnożółtym słońcem z napisem „I em Sorrie” lub „I wul be beddur”. poniżej w bazgrołach jej przedszkolaka.

Boli serce patrzeć, jak jej wrodzone tendencje do empatii zderzają się z odpowiednim do rozwoju Idem prawie przedszkolaka. Posiadanie brata z potpourri specjalnej troski tylko jeszcze bardziej komplikuje sprawę. Patrzę na nią i po prostu wiedzieć że dźwiga na siebie narzucony przez siebie ciężar poczucia, że ​​musi to wszystko trzymać przez cały czas, obserwując, jak jej młodszy brat ciągle rozpada się w szwach.

Wersja jednej z moich ulubionych piosenek zawsze przypomina mi te dwie i doskonale je opisuje w odniesieniu do siebie nawzajem.

Ona jest sklepem z porcelaną… a on jest bykiem.

On jest krzepki, a ona delikatna. On jest porywczy, gdy ona jest ostrożna. Idzie po obwodzie i obserwuje, kiedy on kieruje się w stronę środka pokoju. Będzie krzyczeć, kiedy się przedstawisz, bo ona jest za mną. Muszę dać jej pozwolenie na latanie i rządzić nim.

Jak więc znaleźć sposób na poluzowanie uścisku bez całkowitego puszczenia? Jak znaleźć przełącznik w środku, który pozwala mi powiedzieć mojemu wiecznemu ratownikowi wewnętrznemu, że można na chwilę odejść ze służby? Jak mam wychowywać dwoje zupełnie różnych dzieci z dwoma bardzo różnymi potrzebami jednocześnie i skutecznie – i bezpiecznie?

Rzeczywiście wychowywaliśmy dzieci do najniższego wspólnego mianownika. I to działało – przez jakiś czas. Aż to już się nie zgadzało. Aż wyliczone ryzyko, które zawsze wydawało mu się zbyt wysokie, przekształciło się w cenę, którą płaci za całą ostrożność, jaką zachowaliśmy. Dopóki nie zobaczyłem jej w ten weekend, dopóki moje oczy nie otworzyły się na ograniczenia, które na nią nakładaliśmy.

I kilka razy przegrała w ten weekend. Wystraszyła się, zaatakowała, krzyczała. Tak samo jak zawsze, gdy ogarnia ją strach, niepewność lub niepokój. Ale coś było inaczej mnie. Zamiast się zacisnąć, zwykle już wyczerpany zbyt mocnym trzymaniem się ich obu, moje ramiona były opuszczone i miałam wyraz spokoju. Przykucnąłem, złapałem ją za rękę i spojrzałem jej w oczy.

„Hej, w porządku jest być wściekłym, smutnym lub sfrustrowanym” – powiedziałem jej. – Możesz to wypuścić. Nadal tu będę, kiedy to się skończy. Nie możesz powiedzieć ani zrobić nic, co sprawi, że będę cię kochać mniej. Nigdzie nie idę.”

I to zrobił przechodzić. Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się nieśmiało, a ja ścisnąłem jej dłoń. I nie rozmawialiśmy o tym, bo nie musieliśmy. Miałem energię, czas i cierpliwość, żeby przeczekać ten weekend, naprawdę widzieć jej. A teraz, gdy moje oczy zostały otwarte, wiem, że nie mogę wrócić. Jestem jej to winien.

Nie będzie już rodzicielstwa do najniższego wspólnego mianownika.

Jest jedną czwartą tej rodziny. Jest połową naszych dzieci. Ona jest całą osobą.

I liczy.